Dla mnie niekwestionowanym autorytetem jest Stanisław Siła-Nowicki.
Nawet nie dlatego, że był pierwszym Głuchym w Polsce z tytułem doktora (chociaż ten sukces nie przyszedł mu łatwo, wielu rzucało mu "kłody pod nogi").
Zapamiętałam Go jako osobę bezinteresowną, takiego społecznika w starym stylu. Siła-Nowicki zawsze podkreślał swoją dumę z bycia Głuchym ("Nigdy nie nosiłem aparatów i jestem z tego dumny!") i konieczność pobudzania ambicji u głuchych dzieci, dostarczania im wzorców osobowych Głuchych, którzy osiągnęli sukces (w czasach, gdy niesłyszący człowiek mógł być w szkole co najwyżej cieciem albo sprzątaczką, na pewno nie nauczycielem ani "nikim ważnym").
Wymagał od młodych ludzi, aby nie byli tacy "k'sobni", aby dawali coś od siebie wspólnocie, którą tworzą, aby jedni drugim pomagali. I sam dawał dobry przykład, przez wiele lat czynnie się angażując w sprawy Głuchych. Będąc już w wieku bardzo podeszłym, udzielał jeszcze bezpłatnych lekcji angielskiego dzieciakom i młodzieży z Instytutu Głuchoniemych i w ogóle z Warszawy. I znowu (nie chcę się powtarzać, ale muszę) w tamtych czasach nikt nie sądził, że jest to możlwe, aby głusi nauczyli się obcego języka, bo "przecież nie mogą się nauczyć nawet polskiego"...
Dodam jeszcze, że uważał wprowadzenie języka migowego (i głuchych nauczycieli) do szkół za konieczne...
Odszedł w Boże Narodzenie 2001 roku

.
Ot, moja skromna laurka...